Blue Flower

Aktualności

Była troskliwą matką dla czwórki dzieci. On nie chciał więcej dzieci, a ona chciała, żeby był zadowolony. Rodziła na muszli toaletowej.

Wydawało się, że Marta i Marek to wzorowa rodzina. Mieli po 41 lat i czwórkę dzieci: syn, córka, syn, córka. Najstarszy syn - 22 lata, najmłodsza - sześciolatka. Porządek w domu, w ogródku równo przycięta trawa i świeżo pomalowana drewniana huśtawka. Mieszkali z rodzicami Marty, zajmowali piętro i poddasze domu na skraju Lubawy. Z czasów przedwojennych są tu trzy kościoły, szpital i zakonny sierociniec z czerwonej cegły. PRL zostawił po sobie kino Pokój i pokraczne kamieniczki-bloczki w rynku. Dziś Lubawa żyje z pracy w fabryce mebli, którą kupiła i rozbudowała Ikea. Marta i Marek też pracowali u Szweda. On był mistrzem produkcji, ona stała przy taśmie w pakowalni. Drobna, niewysoka.

Wszyscy ich w Lubawie kojarzą, jak to w 10-tysięcznym mieście. Każdy tu zna kogoś ze szkoły, kościoła, sklepu. Wszyscy wiedzą, do jakiego lekarza kto chodzi i co kupuje w aptece.

Poszedł do baby

- Pracowała na zmiany, ale dom był idealnie zadbany - opowiadają koleżanki z fabryki. - O siebie już tak nie potrafiła dbać. Nie miała czasu ani pieniędzy. Wszystko szło na dzieci, dom i auto.

Te, które znają ją bliżej, dodają, że Marta całe życie była podporządkowana dwóm mężczyznom. Kiedyś bardzo bała się ojca, potem - męża.

Wspominała, że Marek lubił seks, ale więcej dzieci nie chciał. Dzieci to kasa i hałas. Marta obiecała mu, że będzie uważać. Starała się, tym bardziej że kilka lat temu Marek na pół roku wyprowadził się z domu. - Poszedł do baby. Marta się załamała - kobiety z pakowalni pamiętają te kilka miesięcy.

Gdy najmłodsza córka miała dwa lata, Marta znów zaszła w ciążę. Koleżanki uważają, że próbowała poronić: forsowała się w domu i w fabryce. - Skakała jak małpa po paletach. Ciągała ciężkie rzeczy, brała najgorsze zmiany - wspomina ta, która była z Martą najbliżej. O ile w ogóle można było z nią być blisko, bo zamknięta była. - Myślę, że urodziła, a na drugi dzień przyszła do pracy. Gdy pytałyśmy ją, co się stało z brzuchem, kręciła, że ma chorą wątrobę, to ją czasem wydyma. Minęło trochę dni i ludzie zapomnieli.

Nie mogłam się z nimi rozstać

Historia powtórzyła się dwa razy, na mieście plotkowano, że małżeństwo sprzedaje niemowlęta albo Marta zarabia jako surogatka. Jak ktoś pytał: "Co z ciążą?", wzruszała ramionami i zmieniała temat. Do 9 kwietnia 2013 roku.

"Ta Marta, co pracuje jako pakowaczka w fabryce, była w ciąży, a dziecka nie ma. Chyba je sprzedali" - kobiecy głos zawiadomił policjanta, który tego dnia miał dyżur w komisariacie. Ktoś nie wytrzymał. Sąsiadka? Krewna? Koleżanka z pracy? Nie wiadomo.

Wiadomo, że Marta jeszcze w piątek była na drugą zmianę w fabryce z wystającym brzuchem. W poniedziałek stała przy taśmie odmieniona.

Policjanci przyszli we wtorek przed południem. Marta od razu opowiedziała o trzech ciążach. - Ulżyło mi - powiedziała. - Ta tajemnica strasznie ciążyła.

Zaprowadziła policjantów do kuchni. Tam w zamrażarce trzymała zwłoki trzech chłopców. Każdego po śmierci zawinęła w grubą folię. - Nie mogłam się z nimi rozstać - wyjaśniła.

Nie miał pojęcia

Małżonkowie trafili do aresztu. Ona twierdziła, że nikt o niczym nie wiedział. On też mówił, że o ciążach żony nie miał pojęcia.

- To dziwne, że chłop nie wiedział, co ma w lodówce - po wtorkowym przeszukaniu opowiadał dziennikarzom jeden z policjantów. - A po kobiecie widać było, że bardzo się bała, czy śledztwo nie obejmie męża.

Marek po 48 godzinach zostanie wypuszczony z aresztu w Nowym Mieście Lubawskim. Przyjedzie po niego szwagier, w Lubawie nie zatrzyma się u teściów, ale u matki.

Marta opuści areszt, tylko na kilka tygodni. Pojedzie do szpitala, by psychiatrzy i psychologowie mogli ją przebadać. Nie dopatrzą się żadnej choroby, według ich opinii była poczytalna i w pełni świadoma.

''I przestałam być człowiekiem''

Gdyby ojcowie odpowiadali

Hubert, Andrzej i Antoni - takie imiona nadali prokuratorzy niemowlętom. Chłopcy urodzili się w 2009, 2010 i 2013 roku. Marta rodziła, siedząc na muszli toaletowej. Najstarszemu, by nikt nie słyszał płaczu, zakryła ręką usta, a po chwili włożyła do ust szmatkę i udusiła. Młodszym zacisnęła wokół szyjek foliowe worki. Badania potwierdziły jej zeznania oraz ojcostwo Marka.

- Dlaczego tylko ona jest winna? - spyta daleka krewna Marty. - Gdyby przepisy były takie, że ojciec też karnie odpowiada, faceci nie przymykaliby oczu na zabijanie niemowląt. Może czuliby się odpowiedzialni za dziecko po prostu ze strachu.

Jej koleżanka doda: - Była troskliwą matką dla czwórki dzieci. On nie chciał więcej dzieci, a ona chciała, żeby był zadowolony. Dziwne to wszystko.

Dlaczego Marta nie zabezpieczała się przed ciążą? Nie wiadomo. W jednej z pięciu aptek w Lubawie słyszymy, że co tydzień po środki antykoncepcyjne przychodzi dziesięć kobiet.

Kopana, szarpana, bita

Noworodkom wydano akty urodzenia i zgonu, inaczej nie można byłoby ich pochować. Czwórką żyjącego rodzeństwa zaopiekowała się matka Marka  i rodzice Marty. Bo sąd rodzinny odebrał Marcie prawa rodzicielskie, a Markowi ograniczył i przydzielił kuratora.

Policjanci przez kilka miesięcy przesłuchiwali wszystkich, którzy coś mogli wiedzieć: rodziców, dzieci, krewnych, sąsiadów. Z dnia na dzień rozpadał się obraz szczęśliwej rodziny.

Jesienią rodzice Marty zeznali, że mąż znęcał się nad nią od lat, właściwie od początku małżeństwa. Z byle powodu krzyczał, poniżał i wyzywał. Stale był niezadowolony: krytykował i kontrolował. Bez jego wiedzy nic nie mogła zrobić, kupić czy spotkać się z kimkolwiek. Była regularnie bita - kopana, szarpana, okładana pięściami. W 2008 roku po awanturze o buty uderzył ją tak mocno, że wybił jej ząb.

Zazdroszczę tym, którzy nie żyją

Prokuratorzy nie powiązali jednak sprawy o "znęcanie fizyczne i psychiczne nad najbliższą osobą" ze sprawą zabójstwa noworodków. Za maltretowanie żony Marek mógł dostać maksymalnie pięć lat.

Początkowo wszystkiego się wypierał. - Teściowie kłamią - zapewniał podczas przesłuchania.

Ale na pierwszej rozprawie w grudniu 2013 roku przyznał się do części zarzutów przemocy wobec żony i zaproponował dobrowolne poddanie się karze. Swoje winy ocenił na rok i cztery miesiące więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Aby zapadł wyrok, decyzję męża musiała zaakceptować Marta. Zgodziła się. Ale na rozprawę nie chciała przyjeżdżać.

Karę za zbyt niską uznał sąd. Podwyższył ją do... roku i dziesięciu miesięcy w zawieszeniu na cztery lata.

Marek był wolny.

A prokurator zajmujący się sprawą zabójstwa przyjął, że mąż nic nie wiedział o ciążach żony, a tym bardziej o zabójstwach.

W procesie o zabójstwo przed elbląskim sądem okręgowym, który zaczął się 6 maja tego roku, Marek zeznawał jako świadek.

Rodzice i siostra Marty skorzystali z prawa odmowy zeznań, które przysługuje najbliższej rodzinie. - Zazdroszczę tym, którzy nie żyją - wykrzyczy dziennikarzom matka Marty. - Dowiedzieliśmy się dopiero po wszystkim. Zostawcie nas w spokoju!

''Ona morduje, on pokój maluje''

Nie prosiła o pomoc

Marta, bita, wyzywana, wyszydzana, przez 20 lat kładła się co wieczór do łóżka z sadystą.

Psycholożka z Centrum Interwencji Kryzysowej, która od kilkunastu lat pracuje z maltretowanymi kobietami, tak opisuje ich emocje: "ofiary długotrwałej przemocy domowej popadają w odrętwienie, czują się jak kawałek drewna. Zrujnowaniu ulega ich poczucie własnej wartości. Nabierają przekonania, że słusznie doświadczają przemocy, bo nie zasługują na miłość, albo że to w nich tkwi przyczyna złego traktowania. Paradoksalnie wstydzą się za to, co zdarza się w domu. Rzadko kiedy wyrażają gniew w sposób otwarty - boją się kary. Ich oprawcy, często zwykli sadyści i psychopaci, mają jeszcze jedną przewagę - ich ofiary coraz bardziej wycofują się z relacji z innymi ludźmi. Stają się nieufne".

Być może dlatego Marta nikogo nie poprosiła o pomoc.

Podczas procesu przyznała się do "nieumyślnego spowodowania śmierci", ale nie do morderstw. Została jednak oskarżona z artykułu 148 kodeksu karnego, za potrójne zabójstwo. Łącznie 25 lat więzienia.

Wyrok nie jest prawomocny.

Stresu nie było

Oba procesy - o znęcanie i o zabójstwo - były niejawne, sędzia utajnił je ze względu "na dobro żyjących dzieci". Zeznania, uzasadnienie wyroku, słowa sędziego, prokuratora i obrońcy zostały za zamkniętymi drzwiami sali rozpraw. Na pytanie, dlaczego winna jest tylko Marta, sąd i prokurator odpowiadali: "Sprawa niejawna, nie udzielamy informacji". Nie dowiemy się, dlaczego Marta nie została skazana z artykułu 149, który łagodniej traktuje dzieciobójczynie i mówi, że: "Matka, która zabija noworodka pod wpływem silnego przeżycia związanego z przebiegiem porodu, podlega karze pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat".

- Sprawczyniami dzieciobójstw są bardzo często kobiety ociężałe lub upośledzone umysłowo, prymitywne, nieporadne, bierne, zaniedbane wychowawczo, znajdujące się w trudnych sytuacjach psychologicznych i społecznych - mówi psychiatra Jerzy Przybysz, autor "Psychiatrii sądowej dla lekarzy i prawników", biegły sądowy z 40-letnim stażem. - Mogą one funkcjonować prawidłowo w zakresie swych możliwości w owych nieskomplikowanych warunkach, jednak psychologiczna sytuacja porodu przerasta ich możliwości adaptacyjne. Sytuację taką można zakwalifikować jako "ostrą reakcję na stres".

Prokurator i sąd uznali jednak, że u Marty stresu nie było.

Marek pracuje nadal jako mistrz u Szweda, wyprowadził się od teściów - stara się żyć jak dawniej. Nie poczuwa się do winy.

Karać ojca dziecka?

Agnieszka Księżopolska-Breś pracuje jako asystent sędziego w lubelskim sądzie. W książce, która była jej pracą doktorską "Odpowiedzialność karna za dzieciobójstwo w prawie polskim" pisze: "Analizując realia praktyki sądowej i prokuratorskiej, łatwo dostrzec tendencyjne, nierzetelne dociekanie prawdy co do zachowania osób z najbliższego otoczenia dzieciobójczyni. Badania wskazują, że partnerzy skazanych kobiet, a także ich rodzice i rodzina, zeznawali na ogół, iż nie wiedzieli o ciąży i porodzie oraz okolicznościach z tym związanych. Organy procesowe przyjmowały taką wersję za prawdziwą lub też nie były w stanie ocenić jej prawdziwości. Niemniej w wielu przypadkach to właśnie zachowanie partnerów kobiet spowodowało zachwianie stanu emocjonalnego dzieciobójczyń. Porzuceniu często towarzyszyło także znieważanie, piętnowanie, grożenie i doradzanie przerwania ciąży. Podobne zachowanie rzadziej wykazywali rodzice sprawczyń lub inni członkowie rodziny. Czy w polskim kodeksie karnym, na wzór regulacji niektórych państw europejskich, zasadne byłoby spenalizowanie określonych zachowań osób z najbliższego otoczenia kobiety, a przede wszystkim ojca dziecka?".

PS Imiona bohaterów zostały zmienione


źródło: http://wyborcza.pl

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,87648,16869728,Hubert__Andrzej_i_Antoni__Noworodki_z_zamrazarki__CYKL.html#ixzz3HW2JLwKw

Jesteś ofiarą przemocy? Idź po pomoc i odszkodowanie do Kaczyńskiego, Rostowskiego, Piechocińskiego, Kempy i innych, którzy robią co mogą - by Polska nie ratyfikowała „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet”. Sejmowa komisja sprawiedliwości i praw człowieka właśnie „zawróciła” konwencję - kierując ją do ponownych konstytucyjnych ekspertyz, tak jakby posłowie nie byli pewni, czy ochrona Polek przed przemocą jest zgodna z naszą ustawą zasadniczą? Czy raczej celem konstytucji jest ochrona tradycji wyrażonej mądrością ludową „jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”?

Przybywa zwolenników tego przysłowia. We wtorek do tego grona dołączyli posłowie PO: Elżbieta Achinger, Lidia Staroń, Andrzej Gałażewski i – a jakże – mędrzec Wincent Rostowski. W sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka zawiązała się nowa koalicja POPiS, której celem jest opóźnianie ratyfikacji konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Koalicja POPiS -wzmacniana przez PSL - ma za zadanie hamować - jak się da - walkę z przemocą, bo ponoć walka ta nie sprzyja wygranej  w wyborach samorządowych. Toteż radzę wszystkim ofiarom przemocy domowej, by ją polubili. Albo, by swoje problemy zgłaszali bezpośrednio posłom, którzy są przeciwnikami konwencji lub jej hamulcowymi, którzy z powodów jakiś politycznych, kretyńskich gierek uważają, że na ratyfikację jeszcze nie czas, bo wybory, bo Kościół, bo lud…

Jaką po­zy­cję zaj­mu­je np. PSL. Pie­cho­ciń­ski trak­tu­je wiej­skie ko­bie­ty jak fra­jer­ki, które będąc ofia­ra­mi wolą się z prze­mo­cy domowej wy­spo­wia­dać księ­dzu (który powie, że z prze­mo­cą trze­ba wal­czyć przez posty i mo­dli­twę), niż uzy­skać od pań­stwa rze­czy­wi­ste wspar­cie w walce z pi­ja­ny­mi mę­ża­mi i ka­ta­mi dzie­ci.  Jak się oka­zu­je, nie tylko Sa­wic­ki trak­tu­je chło­pów jak fra­je­rów, ich żony – we­dług szefa par­tii - też nimi są. Bo – w opi­nii Pie­cho­ciń­skie­go – wieś jest prze­ciw kon­wen­cji, bo prze­ciw jest wójt, pan i ple­ban. Naj­waż­niej­szy dla PSL jest zresz­tą ten ostat­ni. To może być rze­czy­wi­sty so­jusz­nik w wy­bo­rach. A wieś? By­le­by zaciszna, by­le­by spo­koj­na, byle ciem­na i po­boż­na.

Dla­cze­go na­to­miast Ko­ścio­ło­wi nie za­le­ży na walce z prze­mo­cą do­mo­wą? Bo im wię­cej biedy, bez­rad­no­ści, igno­ran­cji i wiary w to, że „jak kocha to bije” lub że prze­moc jest czymś rów­nie na­tu­ral­nym jak deszcz i susza, bo jest wpi­sa­na w ko­bie­cy los i „po­wo­ła­nie”, tym sil­niej­sza racja ist­nie­nia ka­pła­nów. A ci ostat­ni po­mo­dlą się, po­cie­szą, wy­spo­wia­da­ją, dadzą radę, że „naj­waż­niej­sza jest ro­dzi­na” - choć­by i pełna prze­mo­cy.

Ra­ty­fi­ka­cja kon­wen­cji spo­wo­do­wa­ła­by wdro­że­nie w Pol­sce rze­czy­wi­stych me­cha­ni­zmów, które prze­mo­cy prze­ciw­dzia­ła­ją i z prze­mo­cą wobec słab­szych (do­mow­ni­ków) wal­czą. Ta­kich me­cha­ni­zmów jak: ca­ło­do­bo­we telefony za­ufa­nia, schro­ni­ska dla ofiar i ich ro­dzin, wspar­cie praw­ne i psy­cho­lo­gicz­ne, ale przede wszyst­kim na­le­ży­te kary dla spraw­ców, zakaz zbli­ża­nia się do ofiar i gwa­ran­to­wa­ne­go od­szko­do­wa­nia od spraw­ców dla ofiar. Ko­ali­cja POPiS i PSL jed­nak tego nie chce, nie chce tego rów­nież Ko­ściół. Tusk, który chciał - wy­je­chał, pre­mier Ko­pacz ma na gło­wie spra­wy kli­ma­tycz­ne, Si­kor­ski – swoją nie­sfor­ną „chło­pię­cość”. Par­la­ment jest w klesz­czach przed­wy­bor­cze­go im­po­sy­bi­li­zmu (nie na­ra­żać się przed wy­bo­ra­mi Ko­ścio­ło­wi). A prze­moc ma się do­brze, jak się miała! Ale kto by się tym przej­mo­wał…


źródło: http://wiadomosci.onet.pl/przemoc-domowa-musisz-ja-polubic-bo-ida-wybory/7qpz5

 

Miejsko – Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Lesku zaprasza młodzież w wieku 14 - 17 lat na zajęcia profilaktyczne pod nazwą  Poznaj fajnych ludzi. Wszystkich chętnych zapraszamy oraz apelujemy do rodziców o zachęcenie swoich pociech do wzięcia udziału w  projekcie. Więcej informacji  pod numerem tel. 13 469 66 52 lub 13 469 66 51 (wew. 54).

       Zajęcia są organizowane w ramach współpracy Ośrodka ze Stowarzyszeniem Kobiet Bieszczadzkich Nasza Szansa oraz Centrum Pomocy Psychologicznej i Psychoterapii Rodzinnej w Sanoku.


                                                                Drogi uczestniku!

Poznasz ciekawych rówieśników, nauczysz się aktywnego słuchania, pomagać innym, przygotować się do trudnej rozmowy, ciekawie spędzisz czas. Zapewniamy poczęstunek.

100 % uczestnictwo w zajęciach gwarantuje certyfikat uczestnictwa oraz zaświadczenie dla Szkoły, które może wpłynąć na ocenę z zachowania.

Na pierwsze zajęcia, które rozpoczynają się 20 października o godz. 16.00 ul. Jana Pawła II 18 B Lesko (na ścianach budynku kolorowe graffiti) prosimy o przyniesienie odręcznie napisanej zgody rodziców/ opiekunów.

Kolejne zajęcia odbędą się w dniach: 20 października, 27 października, 3 listopada, 17 listopada, 24 listopada, 1 grudnia

                                                                ZAPRASZAMY


                                                           

„Jednym z głównych powodów niepomagania innym, jest to, że zakładamy, iż zasługują oni na to co się z nimi stało – że zrobili coś złego. 
Ale przez większość czasu jest to tylko gra sytuacyjna. Uczymy ludzi, jak nie obwiniać ofiar.”– mówi Profesor Zimbardo.




 
więcej znajdziesz na: http://hip.org.pl/news/czy-bohaterowie-sie-rodza/